About

Islandia zimą





Na luty i marzec bardzo czekałam z dwóch powodów.


W połowie lutego odwiedziła nas moja siostra Ada, z którą wybraliśmy się po standardowej trasie wycieczkowej na Islandii  czyli Reykjavik, Golden Circle potem do Vik i  z powrotem. Potem na początku marca odwiedził nas brat Piotra z narzeczoną i tym razem wybraliśmy się z Reykjaviku aż do Myvatn na północy.


Czyli to co lubie najbardziej, bo wycieczki równają się zdjęciom!
W tym wpisie skupie się na pierwszej wycieczce.



Na małą podróż wybraliśmy się kamperem z Kuku Campers. Ogromny Volkswagen Crafter. Dla naszej trójki był jak dom na kółkach. Ogromna przestrzeń, mnóstwo miejsca do spania i do gotowania, stół i kanapy w środku. Plusem jest ekonomiczne spalanie i automatyczna skrzynia biegów. 

Kolor pomarańczowy zwracał uwagę w śnieżnobiałych okolicach. 

Pogodę trafiliśmy naprawdę super. Słońce, prawie zero wiatru oraz temperatury znośne :)

W pierwszy dzień zwiedziliśmy Golden Circle, Gullfoss oraz Geysir. Po drodze mijając stada islandzkich kucy oraz tłumy turystów na drogach.


 Stan dróg był bardzo dobry. Jedynym niebezpieczeństwem jakie można było spotkać to nieodpowiedzialni turyści, którzy zatrzymywali się na środku drogi, żeby podziwiać widoki.

Odwiedziliśmy Thingvellir najstarszy islandzki park narodowy. Piękne widoki!



Thingvellir
Skały

Nad wodospadem Gullfoss można było dojść tylko do pierwszej części, reszta miejsca była zamknięta ze względu na niebezpieczeństwo poślizgnięcia się i zabicia się gdzieś w dole. 

Jednak i tu znalazło się paru śmiałków/idiotów fotografów, którzy bez względu na zakaz, łańcuchy i tablice przeszli na drugą stronę by uchwycić piękno wodospadu.


Zakaz na Gullfossie
Dekle

Stamtąd głodni jak wilki pognaliśmy w stronę Fludiru, mając 
nadzieję, że zdążymy przed zamknięciem sklepu alkoholowego. Niestety się nie udało :D Jednak polecam Fludir ze względu na jego przytulny klimat. Niedaleko znajduje się Secret Lagoon, która już nie jest taka secret bo gdy dojechaliśmy do niej to okazało się, że jest płatna z całym tabunem turystów w środku.


 Nie to, że narzekam ale powoli Islandia staje się już przepełniona turystami. Niby nic szczególnego a jednak traci swój urok czegoś nieodkrytego, niedostępnego dla zwykłego śmiertelnika. A co najgorsze staje się zbyt niebezpieczna dla ignorantów którzy tracą zdrowie i narażają na utratę życia innych użytkowników dróg.

Przykład: Reynisfjary obok Vik. Zginął tam chiński turysta, parę godzin później tak samo skoczyła by turystka która bardziej przejęta była robieniem selfie niż swoim bezpieczeństwem- efekt patrol policyjny na plaży ganiający głupich turystów, którzy podchodzą za blisko do oceanu.
Tracą na tym również rozsądni ludzie, którzy w spokoju chcą nacieszyć się przyrodą i miejscem. Powstają nowe zakazy, nakazy i tak dalej...



Ale wracając. We Fludirze obeszliśmy się smakiem i pojechaliśmy dalej po szybkiej kolacji w kamperze.



Obiad mistrzów


 Godzina byla całkiem wczesna wiec stwierdziliśmy że dojedziemy do Seljalandsfoss. I super niespodzianka, ten wodospad jest oświetlony nawet w nocy co wyglądało mega!


Seljalandsfoss noca
I bez turystów dookoła :)


Ale pojechaliśmy dalej, chcieliśmy zobaczyć czy Skogafoss jest również oświetlony ale niestety nie był wiec zdecydowaliśmy się, że dojedziemy aż do Vik, tam będziemy mieć nocleg a potem w drodze powrotnej zobaczymy Skogafoss.


W Viku stanęliśmy w pobliżu stacji benzynowej, z widokiem na sam ocean i słynne formacje skalne. Piękny widok z rana! Czekałam do 1 w nocy na zorze jednak poddałam się zmęczeniu i poszłam spać.

 W nocy nasze ogrzewanie dodatkowe padło ale mieliśmy dobre śpiwory i owcze skóry i w zasadzie nikomu nie było zimno! No może oprócz zimnych nosów wszystko było w jak najlepszym porządku :) 


Czarna plaża w Vik
Każdy zadowolony i dobrze nastawiony na kolejny dzień zwiedzania. Zaraz obok mieliśmy małą restaurację, jednak od 9 był czynny tylko sklepik wiec kupiliśmy sobie po gorącej kawie na rozgrzewkę i zjedliśmy to co mieliśmy ze sobą :) a tam, słodyczy jak na cały rok !

W między czasie zapukał do nas pewien Argentyńczyk. Poprosił o pomoc w swoim kamperze. Coś mu siadło, coś nie działało. Ale poszliśmy mu pomóc. Piotr stwierdził ze nie może nic zrobić ale zaproponowaliśmy że zadzwonimy do firmy z której wynajęli kamper  i po chwili już wszystko było załatwione. Pan Argentyńczyk i jego żona mają na oko 50 lat. Super pozytywni ludzie, uśmiechnięci i weseli. Poziom angielskiego - bardziej migowy i uśmiechowy. Ale tak dawno nie uśmialismy się jak z nimi. 


Skończylo się na tym, że zaprosili nas do siebie do Argentyny. Mieszkają na samym końcu, na samym południu, niedaleko albo w obszarze Patagonii. Mamy z nimi kontakt na facebooku cały czas, rozmawiamy sobie, dzielimy się linkami. I stanęło na tym, że jak wszystko dobrze pójdzie odwiedzimy ich za rok. Byłoby cudownie. Ale każdy dobrze wie , że plany często się zmieniają.
Jednak ta sytuacja pokazuje urok podróżowania. Jak łatwo nawiązać ciekawe znajomości, nigdy nie wiadomo jak się to wszystko potoczy. Czy nie poznasz kogoś kto zaprosi Cie na koniec Świata.


Wracając do nas po tej pełnej optymizmu sytuacji ruszamy w stronę domu. Przed tym jeszcze tylko mały spacer po plaży. Odwiedziliśmy Reynisfjare, piękne bazaltowe kolumny i szalejący zimowy ocean (oraz patrol policyjny). Potem Dyrholaey i Skogafoss. 

Piękna pogoda i piękne widoki :)


Dyrholaey
Reyjnisfjara


Droga do Reykjaviku szybko nam zleciała. Wszyscy byliśmy trochę padnięci. To była nasza ekspresowa 2-dniowa wycieczka. Jesteśmy oboje na pełnych etatach i często ciężko o ustawowe wolne a co dopiero na wycieczki ale jak się chce to wszystko można.


W kolejnych dniach pojechałam z Adą pospacerować po Reykjaviku, zjedliśmy najlepsze frytki w stolicy i zrobiłyśmy małą sesję w Harpie przy oceanie.

Kolejną małą atrakcją było pójście na basen a dokładniej na gorące jacuzzi na zewnątrz. Bardzo popularna rzecz na Islandii i również bardzo zdrowa:) Ah, poszłabym tam właśnie w tej chwili.

Mała impreza na downtown też zaliczona w naszej ulubionej knajpie Frederiksen Ale House. Mają tam super hamburgery i koniecznie spróbujcie piwa "white ale with orange". Jest najlepsze!

Ostatnim punktem wycieczki miała być zorza.
Jednego wieczoru wybraliśmy się niedaleko poza miasto. Czekałyśmy około 2 godzin i nic sie nie pokazało. Kiedy wróciliśmy do domu, po 20 minutach za oknem zaczęła pokazywać się zorza. I to jaka! Jedno zdjęcie pokazuję zorzę przypominającą orła.
Niezłe co?


Thingvellir

Bardzo mały samochód

Mały truck

Widoki po drodze

Widoki po drodze

Widoki po drodze

Widoki po drodze

Widoki po drodze

Widoki po drodze
Thingvellir

Geysir i małe przerażenie :D

Pies z czarnej plaży

Obok Reynisfjary


Na czarnej plaży w Viku








Nasz kamper

Chyba się polubiliśmy

Kucyk islandzki

Gullfoss

Gullfoss

Dyrholaey




Skogafoss

Harpa

Centrum  niedaleko Harpy
Downtown Reykjavik
Downtown Reykjavik

Downtown Reykjavik

Downtown Reykjavik
A Wy macie jakieś doświadczenia z zimową Islandią? A może macie jakieś pytania, piszcie śmiało!
Za pare dni kolejny post o wyprawie ze stolicy do Akureyri i Myvatn :)
A i zapomniałabym. Zorza upolowana z Adą na naszym podwórku.






Islandia zimą Islandia zimą Reviewed by Michalina i Piotr on 10:31 Rating: 5
Michalina Dzianach. Autor obrazów motywu: Ailime. Obsługiwane przez usługę Blogger.